Strony

Kuszący zapach jesieni - Perfumowana Mgiełka do ciała BODY MIST PURE SENSATION Wild Plum & Fressia

Słodycz z nutką pikanterii



Bardzo lubię moment kiedy przemijają upały, a wieczory stają się coraz chłodniejsze. Kiedy w powietrzu czuć aurę nadchodzącej jesieni. Ten etap przemijającego niemalże roku nastraja mnie optymistycznie, uspokaja i wycisza umysł.

Wśród jesiennych zapachów mam kilka faworytów z tamtego roku, ale dziś chce Wam przedstawić moje ostatnie odkrycie. Perfumowana Mgiełka do ciała BODY MIST PURE SENSATION Wild Plum & Fressia o niesamowitym zapachu dzikiej śliwy przełamanym goryczką. Na stronie Revers wybór mgiełek jest spory i decydując się na swój zapach zaufałam intuicji. Jakże się sprawdziła ! Idealnie wpasowała się w mój nastrój i nadchodzącą piękną jesień.




"NUTY GŁOWY: Pomarańcze, Melon, Jabłko

NUTY SERCA: Śliwka, Frezja, Jaśmin, Brzoskwinia

NUTY BAZY: Truskawki, Piżmo, Wanilia" po więcej informacji zapraszam TUTAJ


Mgiełka zamknięta jest w plastikowej buteleczce z atomizerem o pojemności 210 ml. Buteleczka jest poręczna, a atomizer działa sprawnie i rozpyla dużą chmurę, która osiada niczym rosa.




Produkt rozpylam na ubraniach, bo skórę mam alergiczna, więc nie perfumuje ciała. Wystarczą trzy przyjemne chmurki by otulić się słodką wonią na długie godziny.

W momencie rozpylenia wyczuwam intensywną słodycz śliwki i brzoskwini. Kiedy zapach chwilę położy daje się wyróżnić spokojną woń jaśminu przełamaną piżmem. Mgiełka nie obciąża swoich charakternym zapachem, który jest lekki niczym piórko i nosi się bardzo przyjemnie.




Kompozycja zapachowa jest niezwykle owocowa i uroczo słodka, stworzona z kobiecą precyzją. Uważam, że mgiełka świetnie sprawdzi się zarówno na co dzień jak i na wieczorne wyjścia.


Czytaj dalej

Made in Israel - kosmetyki prosto z Izraela - Health Beauty Dead Sea Minerals odżywka do włosów zniszczonych z rokitnikiem i aloesem

Minerały z Morza Martwego



Nie mam pojęcia dlaczego blogger wrzucił mi ten wpis opublikowany 8 września w wersje robocze... Publikuje go jeszcze raz :/...

Dziś poruszam temat odżywki do włosów, która budzi we mnie skrajne emocje. Myślę, że nie raz trafiliście na kosmetyk, który raz spełniał wszystkie Wasze wymagania, a innym razem czynił spustoszenie. Health Beauty Dead Sea Minerals odżywka do włosów zniszczonych z rokitnikiem i aloesem to nie pierwsze moje doświadczenia z kosmetykami izraelskimi. Poprzednie były bardzo pozytywne, więc liczyłam, że i tym razem się nie zawiodę.




"Idealna do włosów zniszczonych modelowaniem. Odżywia włos od nasady aż po same końce. Szybko wchłania się we włos tworząc wokół niego ochronną powłokę. Przyspiesza wzrost włosów. Pomaga zwalczać łupież.
Bazuje na olejku z rokitnika i aloesu, które odżywiają włos i nadają mu połysk. Wzbogacony w olejek z pestek winogron, jojoba, ekstrakt z rozmarynu, witaminy E i B5 oraz aktywne minerały z Morza Martwego." ŹRÓDŁO

Produkt trafił w moje posiadanie jako prezent od męża, który czasami zaskakuje mnie nieprzewidzianym upominkiem z kategorii kosmetyków izraelskich. Już wkrótce będziecie mogli przeczytać o moim ulubionym kremie do rąk z ich asortymentu, który jest na prawdę świetny i dziś zużywam już 3 opakowanie.




Odżywka mieści się w plastikowej butli o pojemności 400 ml (koszt około 34 zł) z dozownikiem na klik, który się chowa. Konsystencja produktu jest gęsta o białej barwie. Zarówno krem do rąk jak i dzisiejsza odżywka charakteryzują się mocnym zapachem perfum. Woń jest dość intensywna, więc nie wszystkim będzie odpowiadać.




Odżywkę używam już od kilku miesięcy naprzemiennie z maskami. Na dokładne pokrycie włosów potrzebuje solidnej porcji, mimo to produkt jest dość wydajny. Po uprzednim umyciu włosów szampanem i odciśnięciu z nich wody nakładam odżywkę od ucha w dół ku końcówkom i delikatnie masuje. Produkt nie spływa podczas nakładania i co bardzo ważne - delikatnie się pieni, a więc dłonie suną po włosach bez przeszkód. Po chwili spłukuje chłodną wodą. Podczas płukania włosy zawsze są śliskie i gładkie.




Produkty nawilżające na moich włosach dają bardzo skrajne efekty. I tak też jest w przypadku tej odżywki. Są dni kiedy spisuje się na prawdę świetnie. Nawilża, wygładza, nabłyszcza i nadaje puszystości. Niestety w bardziej wilgotną pogodę włosy są nieco oklapnięte i spuszone na końcach. Nienawidzę tego efektu.




Pisząc jej recenzję cały czas mam mieszane uczucia i raczej nie zaliczę jej do ulubieńców, bo są dni, że mnie zawodzi. Jednak nauczyłam się z nią współpracować i stosować tak by mogła wydobyć z moich włosów to co najlepsze.


Mieliście okazję testować kosmetyki Health & Beauty ?


Czytaj dalej

Hybryda - Emerald nr 028 blue, Bling nr 07 silver

Błękitne




Musiałam choć na chwilę zrezygnować z różu, bo delikatnie mówiąc już mi zbrzydł, więc tym razem postawiłam na ten piękny odcień błękitu. Dla urozmaicenia dodałam jeszcze iskrzące srebro oraz niewielkie ozdoby w kształcie kwiatów.




Baza i top to produkty z Semilaca, z kolei lakiery to Emerald nr 028, czyli pastelowy, dobrze nasycony błękit oraz Bling nr 07, czyli istne sreberko ;). Do pełnego krycia wystarczyły trzy warstwy. Zarówno z krycia jak i trwałości jestem bardzo zadowolona, bo mani przetrwał prawie trzy tygodnie !






Jak Wam się podoba ? ;)


Czytaj dalej

Czy warto inwestować w kosmetyki z supermarketu ? - Cien, Food For Skin, Krem do twarzy `Odżywienie z olejem macadamia`

Czy cera wrażliwa będzie zadowolona ?



Mój ostatni wpis dotyczył żelu do twarzy z serii Cien Food For Skin z Lidla i idąc za ciosem będę dzisiaj kontynuowała temat wegańskich kosmetyków z tego supermarketu. Tym razem pod lupę biorę krem do twarzy odżywienie z olejem makadamia z tej samej serii (skóra sucha i wrażliwa).




Produkt mieści się w plastikowym słoiczku o pojemności 50 ml, który zamknięty jest w tekturowym pudełeczku. Robiąc zakupy w Lidlu napadłam na półkę z serią Food For Skin i złapałam kilka kosmetyków. Byłam ogromnie zadowolona, że udało mi się dorwać właśnie te kremy, bo głównie na nich najbardziej mi zależało. 




Niestety duże rozczarowanie czekało mnie w dom. Po rozpakowaniu kremu z pudełeczka okazało się, że w wielkim opakowaniu mieści się maleńki słoiczek... To mój błąd, bo nie sprawdziłam pojemności, ale byłam utwierdzona w przekonaniu, że w standardowym pudełku znajdę standardowych rozmiarów krem do twarzy.

Konsystencja jest gęsta i zbita koloru białego.




Produkt aplikuje codziennie rano na oczyszczona twarz i szyję oraz wieczorem po uprzednim demakijażu. Aplikacja jest nieco problematyczna. Krem należy nałożyć sprawnie, szybkimi ruchami, wtedy jest wszystko w porządku. W przypadku, gdy chcemy ten krem wmasować i trochę dłużej usiłujemy go rozprowadzić niestety zaczyna się rolować. Nie ma znaczenia, czy nakładam go mniej, czy więcej, bo zawsze przy próbie dłuższej aplikacji efekt jest taki sam. 




Wyrobiłam sobie swoją technikę aplikacji polegającą na tym, że nakładam grubszą warstwę kremu szybkimi ruchami. Pozostaje wtedy wrażenie, że produktu jest za dużo na twarzy, ale to tylko chwilowe. Krem bardzo szybko się wchłania praktycznie całkowicie. 




Pozostawia skórę miękką, napiętą i aksamitnie gładką, ale mam wrażenie, że brakuje jej nawilżenia. Formuła jest bardzo lekka bez uczucia tłustości. W dni kiedy moja skora potrzebuje trochę więcej uwagi produkt minimalnie pozostawia ją ściągniętą. Jest dedykowany do skóry suchej i wrażliwej, co moim zdaniem nie jest zgodne z prawdą. Nie zauważyłam, aby wybitnie wpływał na poprawkę kondycji skóry, a producent zaznacza, że ma odżywiać i regenerować.




Krem świetnie sprawdza się jako baza pod makijaż. Dobrze utrzymuje zarówno podkłady płynne jak i sypkie. Nie przyspiesza przetłuszczania się skóry, ani go nie opóźnia jest więc neutralny pod tym względem. Stosuje go od 3 miesięcy i nie zauważyłam, żeby mnie podrażnił czy uczulił. Dopiero co dobijam dna, a raz wypadł mi z rąk i co najmniej 1/3 słoiczka wylądowała na płytkach łazienkowych. Zatem jest na prawdę wydajny jak na takie maleństwo.




Mam mieszane uczucia, co do niego. Nie jest najgorszy, ale do dobrych kremów również mu daleko. Pewne jednak jest to, że więcej po niego nie sięgnę.


Czytaj dalej

Pielęgnacja twarzy w lidlowskim wykonaniu - Żel do mycia twarzy Cien Food For Skin

Cera sucha i wrażliwa



O tej lidlowskiej serii kosmetyków Cien swego czasu było dość głośno. Ja również uległam nie tylko zachwytom na blogach i portalach społecznościowych, ale także samej szacie graficznej, która w przypadku produktów Cien Food For Skin na prawdę przykuwa uwagę. Dzisiaj mija ponad 2 miesiące od momentu pierwszego użycia żelu do twarzy i właśnie dobijam jego dna. Dałam sobie sporo czasu na dokładne przetestowanie tego kosmetyku, aby zachwyty, które przeczytałam na jego temat nie miały najmniejszego wpływu na moją opinię. Zapraszam Was na dobrze 'przepracowaną' recenzję żelu do twarzy Cien Food For Skin oczyszczenie z pigwą do skóry suchej i wrażliwej.




Produkt mieści się w plastikowej tubie zamykanej na zatrzask o pojemności 150 ml. Konsystencja żelu jest dość gęsta przezroczysta, lekko perłowa i pozbawiona drobinek.

Żel używam codziennie rano do oczyszczania twarzy, a także wieczorem po uprzednim demakijażu. Produkt delikatnie się pieni i bardzo łatwo aplikuje na zwilżoną twarz. Dobrze współpracuje ze szczoteczka do twarzy typu Foreo Luna, ale poradzi sobie także przy użyciu rąk. Biorąc pod uwagę czas w jakim wykończyłam całe opakowanie śmiem twierdzić, że żel jest na prawdę wydajny. 




Buzia po użyciu jest aksamitna, gładka i dobrze oczyszczona bez efektu ściągnięcia. Nie ma mocnego efektu złuszczenia, bo jak wspomniałam wyżej żel nie posiada ścierających drobinek. Zatem nie rezygnujmy z peelingów, bo żel nie jest wstanie go zastąpić.

Poziom oczyszczenia skóry jest na prawdę przyzwoity i poranna toaleta jest bardzo przyjemna również z uwagi na cytrusowy zapach produktu. Jeśli chodzi o wieczorny rytuał pielęgnacyjny to demakijaż oka wykonuje przy użyciu płynu micelarnego, a makijaż twarzy upłynniam olejkiem. Dopiero wtedy do akcji wkracza żel do twarzy Cien. Kosmetyk świetnie radzi robię ze zmyciem pozostałości po demakijażu pozostawiając skórę czystą. Widziałam opinie dziewczyn na wizażu, że tym żelem są w stanie zmyć cały makijaż, a nie jego pozostałości. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby robić demakijaż żelem do twarzy, także w tej kwestii się nie wypowiem.




Czytałam na jego temat dużo pozytywnych recenzji, ale ja mogę podpisać się jedynie pod tym, że jest poprawny. Ot zwykły żel w niskiej cenie. Nie szkodzi, ale też nie wykazuje dogłębnego działania pielęgnacyjnego. Jestem posiadaczką cery mieszanej i produkt mnie nie podrażnił, ani nie uczulił. Nie poleciłabym go jednak do cery wrażliwej, bo w dni kiedy kondycja cery była, nazwijmy to, nadwyrężona czułam lekkie pieczenie po użyciu tego żelu, które ustępowało w chwili nałożenia kremu do twarzy.




Z pozytywnych aspektów mogę wyliczyć jeszcze fakt, że produkt jest odpowiedni dla wegan. Nie rozpisałam składu, więc zmuszona jestem uwierzyć producentowi na słowo 😆.


Stosowałyście ten żel ?? Jak Wam się sprawdził ? 

Czytaj dalej

Jak ochłodzić blond drogeryjną farbą ? - Syoss PROFESSIONAL PERFORMANCE, KREM TRWALE KOLORYZUJĄCY SALONPLEX 10-5 BLOND LOS ANGELES

Drugie podejście i zaskakujące efekty !



Dzisiaj mam Wam do pokazania efekty koloryzacji, którą przeprowadziłam na początku lipca. Wybaczcie takie opóźnienie, ale mam ostatnio mało czasu... Zwlekałam nie tylko z publikacją, ale także z wykonaniem zabiegu. Powodem było moje niezdecydowanie odnośnie kolejnej farby. Jednak czas imprez okolicznościach zmusił mnie do szybkiej decyzji. Stojąc przed drogeryjną półką z farbami byłam totalnie zdezorientowana. Ostatecznie, żeby nie kombinować (i nie skompromitować się w razie wpadki) wybrałam farbę Syoss, żeby dać jej jeszcze jedną szansę. Farbowałam nią włosy 4 miesiące temu - tu efekty. Tym razem, by nie popełnić tego samego błędu co poprzednio, kupiłam dwa opakowania.

Po zmieszaniu zawartości utleniacza z farbą nałożyłam mieszankę na odrost i odczekałam ok. 35 min. Następnie moja kochana siostrunia ♥ rozprowadziła farbę na długości. Kolejne 10 minut spędziłam w oparach smrodu nie z tej ziemi zamknięta w łazience. Przez cały proces koloryzacji towarzyszyło mi pieczenie skóry głowy.

Po upływie czasu zmoczyłam włosy i spieniłam farbę. Już wtedy czułam, że skóra jest wrażliwa. Spłukałam farbę i spieniłam ulubiony szampon po czym spłukałam i nałożyłam na odciśnięte z wody włosy maskę dołączona do opakowania. Również spłukałam. Podczas całego zabiegu wypadło mi nieco więcej włosów niż zwykle.




Przez kolejne 24 h zmagałam się z jakąś dziwną wrażliwością skóry głowy. Lekkie pieczenie i nadwrażliwość minęły dopiero po kolejnym myciu. Mam wrażenie, że farba mnie uczuliła.

Kolor wyszedł na prawdę całkiem fajny. Odrost nie złapał w 100 % i widać, że włosy u nasady są nieco żółte. Z kolei te na długości są chłodne i prezentują się na prawdę świetnie.

Myślę, że gdybym zaczęła używać tej farby regularnie to uzyskałabym, w końcu mój wymarzony chłodny blond. Niestety nie mogę tego zrobić, bo boję się kolejnej reakcji alergicznej. Chyba nie pozostaje mi nic innego jak fryzjer 🙀.


Czytaj dalej

Dodaj sobie blasku - LUMI STROBING Rozświetlacz w płynie DRY CHAMPAGNE

Srebrzysty i iskrzący



Nie wiem jak Wy, ale ja jestem wielką fanką błysku! W makijażu oka zawsze stawiam na choćby minimalny blask, a rozświetlenie twarzy to u mnie punkt obowiązkowy. Nieważne, że żar leje się z nieba... po prostu pominięcie rozświetlacza to dla mnie kaleczenie rzemiosła.




Spotkałam się z zasadą - "masz mieszaną cerę ? Rozświetlacz nie jest dla Ciebie". Ja jestem posiadaczką cery mieszanej, która wyświeca się w strefie T, ale absolutnie nie przeszkadza mi to w używaniu rozświetlacza. Uwielbiam podkreślać szczyty kości jarzmowych, a także nos i brodę, czyli dość problematyczne strefy.




Dzisiejszy bohater to rozświetlacz w płynie od marki Revers, czyli Lumi Strobing w kolorze numer 04 Dry Champagne. Więcej informacji o nim znajdziecie TU. Produkt zamknięty jest w plastikowym pojemniczku z pipetką o pojemności 15 ml. Konsystencja jest dość gęsta i trochę trudno wydobyć ją z opakowania. Barwa na pierwszy rzut oka wydaje się ciepła. Jednak po rozprowadzeniu na skórze deklaruje się w zimnym odcieniu srebra z nutką różu. Zakupicie go TUTAJ za około 15 zł.




Rozświetlacze płynne nie są moimi faworytami. Zwykle sięgam po te w kamieniu lub sypkie. Z produktem Revers musiałam nauczyć się współpracować, bo wcześniej nie miałam okazji używać takiej formy rozświetlacza.

Mam dwa ulubione sposoby aplikacji rozświetlacza Lumi Strobing Revers. Pierwszy to wklepywanie produktu gąbką na jeszcze wilgotny nieprzypudrowany podkład. Następnie zacementowanie, czyli puder i konturowanie. Rozświetlacz daje efekt gładkiej, mokrej tafli. Prezentuje się dość intensywnie, więc nie muszę wzmacniać go dodatkowo sypkim produktem.




Drugi, zdecydowanie częściej wykonywany przeze mnie, zabieg to rozświetlanie ciała przy pomocy Lumi Strobing. Najlepiej sprawdza mi się w formie zmieszanej z balsamem. Do porcji balsamu dodaję 3 - 4 krople produktu. Rozświetlacz świetnie łączy się z balsamem do ciała. Przy takiej mieszance uzyskuje piękną połyskującą tafle. Jednak miejcie na uwadze fakt, że rozświetlacz ma chłodne tony, więc przy mocnej opaleniźnie będzie się wyróżniał. Dla bladziochów powinien być w sam raz, bo nie przyciemnia skóry.




Próbowałam również zaaplikować go solo na ciało. Jednak ciężko go rozprowadzić skutkiem czego robią się plamy. Mam na myśli takie skoncentrowane drobinki w jednym miejscu, które nie sposób rozetrzeć.


Jakie są Wasze ulubione sposoby aplikacji rozświetlacza w płynie? A może wolicie wersję sypkie ?


Czytaj dalej