Schauma odżywka odbudowująca z koenzymem Q10

Odżywka do włosów cienkich i osłabionych - złota Schauma





Opis produktu:




Odżywka odbudowująca Q10 do włosów cienkich i osłabionych. Formuła z koenzymem Q10 pobudza produkcje keratyny dla sprężystości i większej objętości. Dla 100% siły i 3 x łatwiejszego rozczesywania. Formuła z intensywnie pielęgnującymi proteinami przywraca włosom utracone proteiny.


Skład:




Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (emolient tłusty pozyskiwany z oleju kokosowego - nie drażni skóry, tworzy film ochronny), Behentrimonium Chloride (konserwant / antystatyk), Isopropyl Myristate (składnik pochodzenia naturalnego - zmiękcza, wygładza, uelastycznia i nawilża), Panthenol (witamina B5 - nawilża, regeneruje, koi), Hydrolyzed Keratin (keratyna - regeneruje, odbudowuje strukturę włosów), Ubiquinone (koenzym Q10 - działa przeciwstarzeniowo, regeneruje, wygładza; silny przeciwutleniacz), Citric Acid (kwas cytrynowy - naturalny konserwant, regulator pH, rozjaśnia), Phenoxyethanol (konserwant), Stearamidopropyl Dimethylamine (składnik pozyskiwany z oleju rzepakowego - działa jak silikon; odżywczo, kondycjonująco i antystatycznie), Parfum (zapach), Glyceryl Stearate (emulgator), Sodium Methylparaben (konserwant), Polyquaterium-37 (antystatyk - ułatwia rozczesywanie, nadaje połysk i elastyczność), Glycerin (gliceryna - humektant, nawilża), Dicaprylyl Carbonate (składnik pochodzenia naturalnego - wpływa na stabilność produktu, emulgator), Linalool (zapach), Citronellol (zapach), Lauryl Glucoside (składnik pochodzenia naturalnego - usuwa zanieczyszczenia)


Cena: ok. 8 zł za 200 ml np. w Rossmann


Opakowanie i konsystencja:




Odżywka mieści się w spłaszczonej, plastikowej butelce o pojemności 200 ml zamykanej na zatrzask. Złota butelka jest poręczna, a odżywkę wydobywa się bardzo wygodnie. Konsystencja jest gęsta, ale puszysta. Kolor - jasny beż.


Działanie:

Niestety odżywka zupełnie się u mnie nie sprawdziła. Używałam ją prawie po każdym myciu pomijając dni kiedy stosowałam bardziej wzbogaconą pielęgnację.

Pierwsze na co zwróciłam uwagę i co nie spodobało mi się to fakt, że odżywka znika na włosach. Podczas aplikacji na mokre, lecz porządnie odciśnięte włosy ma się wrażenie, że produkt spływa / znika. Nawet gdy nakładam dodatkową porcję to nic nie zmienia.




Kolejny ważny powód, który ją skreśla spośród moich ulubionych to to, że produkt nawet w małym stopniu nie daje poślizgu. Bardzo lubię masować włosy odżywką - wtedy mam pewność, że dotarła wszędzie. Niestety w tym przypadku możemy o tym zapomnieć. Specyfik nie nadaje się do wprasowywania, a jakiekolwiek pocieranie włosów podczas jej aplikacji kończy się kołtunem. Możemy również zapomnieć o myciu nią włosów, bo produkt się nie pieni nawet w najmniejszym stopniu.

Z pozytywnych aspektów mogę wymienić to, że nadaje lekki połysk i minimalnie ułatwia rozczesywanie pod warunkiem, że zostanie odpowiednio zaaplikowana (czyli niepocierana).

Kiedy miałam już ją wyrzucić odkryłam jeszcze jeden pozytyw. Mianowicie sprawdza się jako odżywka bez spłukiwania. Na spuszone, suche włosy nakładam kropelkę odżywki, która w mgnieniu oka panuje nad burza spuszonych włosów nie obciążając ich. Ale na tym koniec plusów.



Mimo to moim zdaniem to badziew i nie polecam :-)



Czytaj dalej

Hybryda - Bling nr 01 nude/powder, Bling nr 29 black

Cukieraski




Miała swoje pięć minut już jakiś czas temu, ale publikacji doczekała się dopiero teraz. Tej stylizacji nie mogłoby jednak zabraknąć ;) tylko spójrzcie jak słodko wyszła ;D. Nie spodziewałam się, że ten jasny kolor będzie tak zbliżony do nude. Na wzorniku wyglądał bardziej na brzoskwinie. Ale nawet dobrze się złożyło, bo taki pudrowo-cielisty kolor miałam w planach dokupić.

Baza i Top to Semilac, a lakiery to Bling nr 01 (pudrowo cielisty) i Bling nr 29 (czarny). Trójkąciki wykonałam czarnym kolorem własnoręcznie, co zresztą widać :-). Lewa ręka wygląda całkiem niezłe, a na prawej już widać niedociągnięcia. Moje manualne zdolności należą zdecydowanie do prawej ręki :-). Mimo to jak na pierwszy raz to uważam, że całkiem nie najgorzej mi to wyszło. Na kciukach zrobiłam kropeczki.

Zapraszam na więcej paznokciowych stylizacji na mojego...


... fejsa i...

... insta :-)













Czytaj dalej

Maseczki Dermaglin - SPA w domowym zaciszu

Maseczkowy zawrót głowy




Dzisiaj mam przyjemność przedstawić Wam mini recenzje maseczek Dermaglin. Szczęśliwym trafem nie będą to tylko opinie o maskach do twarzy, znajdzie się tu również maseczka do skóry głowy, a także maska do stóp ! A więc wszystko czego tylko dusza zapragnie ;) Zapraszam ;)


Maska przeciwzmarszczkowa



Jako pierwszą postanowiłam wypróbować maseczkę przeciwzmarszczkową. Nałożyłam ją na suchą, oczyszczoną skórę twarzy. Taka saszetka zapewne wystarczyłaby mi na dwa użycia, ale postanowiłam zrobić sobie SPA z prawdziwego zdarzenia i nałożyłam całą za jednym razem.

Szczerze mówiąc nie przepadam za maskami, które zasychają na twarzy i tworzą mocno ściągającą skórę skorupkę. Ta właśnie do nich należy. Mimo to wytrzymałam przepisowe 20 minut. Maska tam gdzie była grubej położona delikatnie zastygła i stanowiła lepką lecz niespływającą substancje. Z kolei w miejscach, gdzie była znacznie cieńsza warstwa produkt zasechł.




Po 20 minutach pobiegłam czym prędzej zmyć z twarzy to uwierające i ciągnące coś. Zmywanie trochę trwało, ale ostatecznie udało się usunąć całą maskę. Podczas trzymania produktu nic nie piekło, ani nie szczypało, a po zmyciu moim oczom ukazało się jakieś dziwne zaczerwienienie. Głównie na czole, ale też w okolicy nosa. Nie swędziało i po kilkudziesięciu minutach ustąpiło samoistnie.

Skóra po masce jest nawilża, odżywiona i jędrna. Mam wrażenie, że cera jest oczyszczona i nabrała ładniejszego kolorytu. Ponadto buzia jest bardzo miła w dotyku i promienieje. Ciężko mi się odnieść do jej właściwości przeciwzmarszczkowych, bo nie borykam się z tym problem poza okolicą ust, czyli zmarszczkami mimicznymi.

Rzut oka na skład:



Kaolin Clay (glinka biała/porcelanowa - ściąga pory, matuje; zawiera krzem, gin, żelazo, magnez, cynk i wapń), Aqua (woda), Ginkgo Biloba Leaf Extract (wyciąg z liści miłorzębu japońskiego - wzmacnia naczynia krwionośne, regeneruje komórki, stymuluje ich odnowę, koi podrażnienia), Camellia Sinensis Leaf Extract (olej z zielonej herbaty - działa ściągająco, antybakteryjnie, nawilża, odblokowuje pory), Simmondsia Chinensis (jojoba) Seed Oil (olej jojoba - nawilża, odżywia, zmiękcza, hamuje wydzielanie sebum, regeneruje, łagodzi stany zapalne), Dehydroacetic Acid (konserwant).


Maska do skóry głowy



Otworzyłam saszetkę, a moim oczom ukazała się gęsta maź, którą miałam zaaplikować na skórę głowy. Pomyślałam - to nie może się udać. Ta maska wydała mi się najtrudniejsza w użyciu. Nie rozmyślając zbyt długo zwilżyłam skórę głowy i postarałam się rozprowadzić maseczkę równomiernie. Aplikacja, tak jak się spodziewałam, jest nieco trudna, ale przy odrobinie wysiłku wykonalna. Zapach nie należy do najprzyjemniejszych, ale to produkt naturalny i nieperfumowany, o czym informuje nas producent.

Maseczka dość szybko zasycha i nie spływa z włosów, ale końcówki najlepiej zawinąć w ręcznik, żeby woda ze zwilżonych włosów nie kapała po całym mieszkaniu. Po 30 minutach spłukałam wszystko ciepłą wodą i umyłam włosy i skórę głowy szampanem.




Z tej maseczki jestem najbardziej zadowolona. Przede wszystkim włosy tego dnia miałam cały czas świeże, czyste i odbite od nasady. Na drugi dzień ciągle były świeże i sypkie, a więc nie musiałam myć ich ponownie. Co za rozpusta ! A przypomnę Wam, że moje kosmyki, aby wyglądały znośnie jestem zmuszona myć codziennie.

Skóra głowy po zabiegu była dobrze oczyszczona i nawilżona. Maska nie obciążyła skalpu, czego się początkowo obawiałam. Nie podrażniła i nie wywołała uczulenia. Aby sprawdzić jej regeneracyjne właściwości, z miłą chęcią, będę używać jej częściej.

Skład:


Kaolin Clay (glinka biała/porcelanowa - ściąga pory, matuje; zawiera krzem, gin, żelazo, magnez, cynk i wapń), Aqua (woda), Hydrolyzed Silk (proteiny jedwabiu - nawilża, zmiękcza, wygładza), Dehydroacetic Acid (konserwant).


Maska do stóp ze skłonnością do pocenia



Na sam koniec zostawiłam sobie maseczkę, w której pokładałam największe nadzieje. Nie mam jakiegoś wielkiego problemu z potliwością, jednak w stresowych sytuacjach odczuwam dyskomfort mokrych przede wszystkim dłoni. Niekiedy, głównie latem ta przypadłość dotyczy także stóp. 

Na oczyszczone stopy nałożyłam równomiernie maskę... i nagle odkryłam, że nie mogę już się poruszać i jestem po prostu uziemiona ;D. Nie miałam innego wyjścia, więc resztki maseczki rozprowadziłam na dłoniach i tak całkiem bezbronna spędziłam 30 minut oglądając serial. 




Po wyznaczonym czasie doczołgałam się do łazienki... żartuję ;D byłam na to przygotowana - dwie siateczki i jazda. Najpierw skruszyłam maskę, następnie spłukałam jej resztki i osuszyłam skórę ręcznikiem. 

Po zastosowaniu maski skóra jest bardzo sprężysta i miękka. Nawet zrogowaciały naskórek został znacznie zmiękczony i nawilżony. Stópki i dłonie wyglądają na dobrze oczyszczone i gładkie. Czy zmniejszyła się potliwość stóp? Myślę, że lepsze efekty można zobaczyć po zastosowaniu takiej maski częściej niż tylko raz. Po jednorazowym zabiegu ciężko jest oczekiwać cudu. Jednak mogę z pewnością powiedzieć, że w dniu użycia maski skłonność do pocenia była mniejsza niż kiedyś. 

Skład: 



Kaolin Clay (glinka biała/porcelanowa - ściąga pory, matuje; zawiera krzem, gin, żelazo, magnez, cynk i wapń), Aqua (woda), Camellia Sinensis Leaf Extract (olej z zielonej herbaty - działa ściągająco, antybakteryjnie, nawilża, odblokowuje pory), Mentha Piperita Extract (ekstrakt z mięty pieprzowej  - odświeża, koi, chłodzi), Dehydroacetic Acid (konserwant), Citrus Medica Limonum (wyciąg z cytryny - wygładza, zmiękcza, wybiela, działa antybakteryjnie). 


Wśród tych trzech masek zdecydowaną faworytką jest maska do skóry głowy, którą bardzo polubiłam i już zaopatrzyłam się w kilka następnych egzemplarzy ;)




Jakiś czas temu miałam okazję wypróbować także inne maseczki Dermaglin. O tym jak spisała się u mnie wersja regeneracyjna, przeciwtrądzikowa i oczyszczająco-odżywcza przeczytacie TUTAJ.





Znacie maseczki Dermaglin? Macie swoje ulubione? ;)


Czytaj dalej

Nowości z Romwe - checkered shirt and mint coat

Koszula w kratkę i miętowy płaszczyk




Przesyłka z nowościami tym razem pojawiła się idealnie na czas. Czekałam na tę koszulę by móc włożyć ją na Święta. Czerwona krata, kołnierzyk i świetny krój. Już na stronie sklepu bardzo mnie zauroczyła ;) przyszła dokładnie taka sama jak na zdjęciu. Jest trochę za krótka do rajstop, ale za to idealna do leginsów, czy czarnych rurek.

A razem z koszulą przyszedł płaszczyk. Trochę inaczej go sobie wyobrażałam, na stronie wygląda tak --> sami zobaczcie. Jednak udało mi się do niego przekonać. Szary i miętowy to chyba idealne połączenie, prawda? Płaszczyk jest bardzo ciepły, materiał przywodzi mi na myśl polar, ale siostra uświadomiła mnie, że to jakiś inny materiał, którego nazwa właśnie wyleciała mi z głowy ;D. Jest zapinany na jeden guzik, więc wpisuje się raczej w wiosenne klimaty. Kolor tak mnie urzeka, że chęcią nosiłabym go już teraz ;) Jak Wam się podoba ? Będę wdzięczna za kliknięcia w linki na dole postu ;)












Klikając poniżej sprawdzicie ceny i to jak prezentują się na zdjęciach w sklepie internetowym:

Koszula w kartę - TUTAJ click here
Miętowy płaszczyk - TUTAJ click here



Czytaj dalej

Moje usta uwielbiają róż! Test paletki do ust od BangGood

Czy tylko mat jest trendy? Soczyste usta są już passé? - Cibbcci




Zgrabnie wyglądająca paletka skrywa przepiękne, soczyste i błyszczące kolory szminek. Wydaje się dość solidna, ale nie sprawdzałam jej wytrzymałości. W zestawie poza szminkami znajduje się także pędzelek i kredka do rysowania kontur ust.




Mamy do wyboru 6 kolorów szminek. Trzy z nich to wszelakie odcienie różu, jeden to typowy nudziak, a dwa należą do czerwonej tonacji. Numer 1 to ładny pastelowy róż, prezentuje się bardzo naturalnie i delikatnie wpisuje się w tonację nude. Numer 2 to z kolei bardziej intensywny róż, porównałabym go do soczystej fuksji. Numer 3 to właśnie ten typowy nudziak, bardzo subtelny i delikatny. Numer 4 to stonowany i chłodny róż. Numer 5 to klasyczna czerwień. Kolor dość mocny i przykuwający uwagę. Ostatni - numer 6 to czekolada ;) myślałam, że nigdy go nie użyje, bo nie przywykłam do takich barw. Ku mojemu zaskoczeniu kolor jednak prezentuje się na prawdę ciekawie. To połączenie bardzo ciemnego, bordowego koloru z jasnym brązem - po prostu czekoladka ;D. Na ustach modelki ze strony kolory są trochę przekłamane i wyglądają inaczej niż w rzeczywistości. Sami zobaczcie TUTAJ.


1 - 2
3 - 4
5 - 6


Konsystencja błyszczyków jest zbita i przy pierwszym użyciu za pomocą pędzelka trzeba się trochę namęczyć nad wydobyciem odrobiny produkty. Później idzie już znacznie łatwiej.

Pędzelek jest niezwykle wygodny i precyzyjny. Nie trzeba wielkiej wprawy, aby idealnie narysować granice i wypełnić usta kolorem. Bardzo miło zaskoczyła mnie kredka. Jest dwustronna, z jednej strony czerwona, a z drugiej cielista. Kredka nie jest zbyt miękka, a takie lubię. Nie przepadam za kredkami, które aż rozpływają się pod naciskiem, bo narysowane idealnej linii graniczy z cudem. Dokładnie zatemperowana sunie po wargach bardzo przyjemnie i precyzyjnie obrysowuje usta.

Szminki nawilżają wargi i sprawiają że wyglądają na pełniejsze. Kolory należą do błyszczących i soczystych, więc matu na próżno tutaj szukać.




Trwałość kredek okazała się miłym zaskoczeniem. Trzymają się bardzo dobrze do kilku godzin. Granice ust nie rozmywają się ani nie ścierają. Ale co do trwałość samych błyszczyków to mam poważne zastrzeżenia. Kolorki odbijają się na szklankach dość mocno. W zasadzie szminka po prostu zostaje na wszystkim z czym się styka i tym sposobem systematycznie znika z ust.





Nie wspomnę o próbie jedzenia, która kończy się zupełnym starciem produktu. Usunięcie szminek zatem jest bardzo proste. Wystarczy przetrzeć usta chusteczka.




Moja ogólna ocena nie będzie zbyt wysoka. Zdecydowanie najbardziej zachwycają mnie kolory. Róże idealnie wpasowują się w mój klimat. W tych kolorach czuje się najlepiej choć i czekolada okazała się miłą niespodzianką. Pomimo, ze ostatnio zatraciłam się w matach to połysk tych dzisiejszych szminek zupełnie mi nie przeszkadza. Jest nawet miłą odskocznia. Jednak trwałość pozostawia wiele do życzenia i niestety pod tym względem totalnie się zawiodłam.

Będę wdzięczna jeśli klikniecie w TEN LINK. :)


Podobają Wam się kolory?? Wolicie mat czy połysk na ustach?? ;)



Czytaj dalej

Nowe kolory lakierów Beauty Shine od Donegal i ich zmywacz do paznokci w żelu o zapachu mango - Jak się sprawdziły? Co o nich sądzę?

Soczyste barwy lakierów i wielofunkcyjny zmywacz




Przyznam szczerze, że odkąd zaczęłam samodzielnie wykonywać hybrydę, zwykłe lakiery zupełnie przestały mnie interesować. W hybrydzie zachwyca mnie nie tylko trwałość, ale także niesamowite możliwości i zdobienia, które mogę wykonać tylko na lakierach hybrydowych. Ale o hybrydach za chwilę.

Będąc na Puławskim Spotkaniu Blogerek, któremu przyświecał szlachetny cel wsparcia schroniska dla zwierząt działającego w Puławach, miałam okazję zapoznać się z artykułami Donegal. Firma była jednym z partnerów wspierających naszą akcję charytatywną. Słyszeliście o nich? Na ich stronie można znaleźć mnóstwo artykułów kosmetycznych do makijażu, manicure, a także pedicure. Zaglądając do paczuszki, którą dla nas naszykowali, moja uwaga najbardziej skupiła się na lakierach do paznokci - jak się okazało później - ich najnowszych kolorach. Mój wzrok przykuły przepiękne, intensywne barwy. Sami zobaczcie.





Po powrocie do domu miałam ochotę od razu sprawdzić jak prezentują się na paznokciach, ale z racji tego, że miałam świeżo położoną hybrydkę przyjemność testowania przypadła mojej siostrze ;).

Z jej relacji wynika, że lakiery są bardzo dobrze napigmentowane i dwie, cienkie warstwy w zupełności wystarczą by pokryć płytkę bez prześwitów.  Lakier rozprowadza się bardzo wygodnie, konsystencja jest odpowiednia. Czas wysychania lakieru jest krótki, a to bardzo duży plus. Dawniej używając zwykłych lakierów narzekałam na czas schnięcia, który bardzo mi się dłużył. Ponadto irytowały mnie odgniecenia powstałe podczas snu, co nie ma miejsca w przypadku lakierów Donegal.



7204


Beż - 7141, Róż - 7199


Kolory są mocno nasycone i mają niesamowity połysk. Można je wręcz pomylić z hybrydą. Czerwień nr 7204 stanowi niezwykle intensywną, krwistą barwę. Pasuje idealnie na wieczorne wyjścia. Czerwień jest ponadczasowym kolorem, który mi osobiście kojarzy się z elegancją i szykiem. Róż nr 7199 to mocny, cukierkowy róż, ale utrzymany w chłodnej tonacji. Nie jest przesadnie słodki, ale na pewno przykuwający uwagę. Beż nr 7141 przywodzi mi na myśl przepysznie pachnące cappuccino. Kolor także utrzymany jest w chłodnych odcieniach i wpada delikatnie w paletę nude. Zdecydowanie polecam go do dziennych stylizacji, ponieważ będzie stanowił dyskretne uzupełnienie każdego poranka. Z kolei ostatni kolor o numerze 7203 to moim zdaniem koral połączony z ciepłym różem. Niezwykle słodki i bardzo wesoły odcień. Barwa dedykowana dla przebojowych i radosnych dziewcząt ;). 

Trwałość jest bardzo przyzwoita, bo bez żadnych odprysków i ścierających się końcówek lakier trzyma się nawet do 5 dni. Zmywanie lakieru również jest łatwe i przebiega bardzo szybko. O czym warto wspomnieć to fakt, że lakiery nie pozostawiają plam na paznokciach. Płytka po zmyciu lakierów jest w bardzo dobrym stanie, bez jakichkolwiek przebarwień, czy uszkodzeń.


7203



Lakiery zamknięte są w małych, kwadratowych buteleczkach o pojemności 6 ml. Pędzelek jest dobrze wyprofilowany i operuje się nim bardzo przyjemnie. A ich cena to tylko 6 zł !

Zerknijcie jakie piękne pastelowe kolory z serii Beauty Shine oferuje Donegal.





Jak już jesteśmy w temacie manicuru nie sposób nie wspomnieć o zmywaczach do paznokci. Mój nowy nabytek także pochodzi od Donegal. Mowa o zmywaczu do paznokci w żelu o zapachu mango

Zmywacz mieści się w plastikowej, mlecznej buteleczce o pojemności 150 ml. Zdziwiła mnie jego konsystencja. Produkt jest na prawdę bardzo gęsty, lecz łatwy w aplikacji. Kolorem przywodzi na myśl pomarańczę. 





Patrząc na moją już nieco zszarganą hybrydę musiałam w końcu pomyśleć o jej zdjęciu. Bardzo kusił mnie ten zmywacz, zerknęłam na skład, a w nim na początku znalazłam aceton. Skład w porządku, więc czemu by nie spróbować?

Samo wykonanie hybrydy jest całkiem proste i szybkie (o ile już dojdziemy do wprawy), lecz zdejmowanie nie należy do najprzyjemniejszych czynności. Wypróbowałam już kilka zmywaczy, ale ciągle mam jakieś ALE ;) aż do dziś. Już po pierwszym użyciu wiedziałam, że będzie z tego miłość!





Gęstość preparatu bardzo ułatwia aplikację. Zmywacze z acetonem, których używałam do tej pory strasznie mnie zniechęcały nie tylko drażniącym zapachem, ale także swoją wodnistą konsystencją. Nasączałam wacik, zawijałam paznokieć w folię i nagle zmywacz zaczynał wyciekać bokami... Niby nic, ale mając jakiekolwiek uszkodzenia, czy podrażnienia na dłoniach takie wyciekanie acetonu jest raczej mało przyjemne.

W przypadku zmywacza Donegal nic nie wycieka. Co więcej zmywacz trzyma się idealnie wacika, więc styka się z płytką i skórą dokładnie w tym miejscu, w którym przyłożyłam wacik. Nie ma mowy o zalewaniu całych palców.





Po około 10-15 minutach od nałożenia wacików ze zmywaczem lakier praktycznie sam odchodzi od płytki. Wystarczy delikatnie usunąć go kopytkiem i gotowe.

Kolejna sprawa to zapach. Początkowo mango jest słabo wyczuwalne, ale po usunięciu lakieru i umyciu rąk zapach staje się bardziej intensywny. 

Biorąc pod uwagę bardzo gęstą konsystencję, która wydłuża wydajność produktu, to cena około 8 zł za 150 ml nie jest wcale wygórowana.





Płytka jest idealnie gładka i pozbawiona przebarwień. Skórki wyglądają na nawilżone i odżywione. Komfort użytkowania zdecydowanie przemawia na stronę preparatu Donegal, który moim zdaniem jest o wiele lepszy niż większość zmywaczy jakie miałam do tej pory. Jego dodatkowe atuty takie jak zwartość witamin, przyjemny zapach, a także fakt, że produktem można usuwać zarówno zwykły lakier jak i hybrydowy stanowi bardzo miły bonus. 



Jak Wam się podobają najnowsze kolory Donegal ? Słyszeliście kiedyś o tej firmie? ;)


Czytaj dalej

Idealnie matowa cera na dłużej? - Selfie Project lekki krem matująco-nawilżający - jak się sprawdził?

Węgiel bioaktywny, fotoczułe pigmenty, blue daisy




Opis produktu:

Lekki Krem matująco-nawilżający redukuje nadmierne błyszczenie się twarzy i jednocześnie nawilża skórę i zapobiega przesuszeniu, które wywołuje nadprodukcję sebum. Krem przywraca skórze stan równowagi i działa przeciw niedoskonałościom. Lekka formuła, 0% lepkości. Innowacja! FotoCzułe Pigmenty natychmiast wizualnie upiększą skórę. Zapewniają Efekt Glamour! – błyskawiczny optyczny efekt doskonałej, gładkiej skóry. 




Węgiel BioAktywny – odkrycie w walce z niedoskonałościami! Oczyszcza i działa antybakteryjnie. Pochłania zanieczyszczenia, pozostawia pory czyste i zwężone. Wyciąg z Blue Daisy działa na skórę nawilżająco i łagodząco, przeciwdziała podrażnieniom i zaczerwienieniom.


Skład:

Aqua (woda), Caprylic/Capric Triglyceride (olej neutralny - naturalna substancja otrzymywana kwasu tłuszczowego, natłuszcza, nawilża, zmiękcza, wygładza, może zapychać pory), Glycerin (gliceryna - nawilża, ułatwia penetracje substancji aktywnych w głąb skóry), Isododecane (pochodna parafiny - nawilża, może zapychać pory), Glyceryl Stearate Citrate (emulgator pochodzenia roślinnego - środek zmiękczający i zapachowy), Hydrogenated Didecene (olej ropopochodny - nadaje skórze jedwabistość, szybko się wchłania), C.I. 77891 (barwnik), Glyceryl Stearate (emolient pochodzenia naturalnego - natłuszcza, wygładza, zmiękcza), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea - koi podrażnienia, nawilża, zmiękcza), Isostearyl Isostearate (ciekły wosk - zmiękcza, wygładza, kondycjonuje, może zapychać pory), Hydrogenated Tetradecenyl / Methylpentadecene (środek biodegradowalny - wpływa na konsystencje), Dimethicone (silikon - nawilża, wygładza, nabłyszcza, nie zatyka porów), Pentaerythrityl Tetraisostearate (zagęstnik), Charcoal Powder (węgiel bio aktywny - usuwa zanieczyszczenia i toksyny, działa antybakteryjnie), Globularia Alypum Extract (ekstrakt z kulnika - blue daisy, roślina ozdobna, przeciwutleniacz, nawilża, łagodzi podrażnienia), 




Capryloyl Glycine (substancja o działaniu złuszczającym, hamującym wydzielanie łoju i świądu, niszczy bakterie), Allantoin (alantoina - nawilża, ułatwia gojenie, działa przeciwzapalnie i ściągająco), Tocopheryl Acetate (antyoksydant, przeciwutleniacz,  stosowany zamiast witaminy E), Xylitylglucoside (tworzy film, zapobiega odparowywaniu wody, zmiękcza, wygładza), Hexylene Glycol (zmiękczacz, rozpuszczalnik, substancja pochodzenia chemicznego), Dimethicone Crosspolymer (wygładza, absorbuje sebum, matuje, optycznie wygładza zmarszczki), Sodium Potassium Aluminum Silicate (zagęstnik), Silica (krzemionka - matuje), Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer (wygładza i zmiękcza), Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolymer (poprawia konsystencję), Mica (wypełniacz mineralny), Tin Oxide (pigment mineralny - działa przeciwzapalnie), Tetrasodium EDTA (konserwant), Phenoxyethanol (konserwant), Ethylhexylglycerin (naturalny konserwant), Parfum (zapach), Buthylphenyl Methylpropional (zapach), Citronellol (zapach), Limonene (zapach), Linalool (zapach).


Cena: ok. 16 zł za 50 ml w Rossmann


Opakowanie i konsystencja:



Krem mieści się w małej, 50 mililitrowej tubce zamykanej na zatrzask. Konsystencja kremu jest gęsta i treściwa, a kolor to przepiękny błękit.


Moja opinia:

Krem stosuje tylko po porannej toalecie. Rozprowadzam cienką warstwę kosmetyku i delikatnie masuje. Krem szybko wynika w skórę i już po minucie od nałożenia jest niewyczuwalny pod palcami.




Skóra jest gładka, aksamitna i matowa bez odstających skórek. Ponadto sprężysta i napięta, ale nieściągnięta. Krem jest właściwie niewyczuwalny na twarzy poza delikatnym uczuciem chłodzenia i komfortu jaki daje.




Specyfik stanowi świetną bazę pod makijaż. Nie roluje podkładu nawet, gdy nałożę grubszą warstwę kremu. Wypróbowałam na nim kilka fluidów i nie miałam kłopotu z żadnym. Krem nie waży podkładu i nie zmienia jego koloru.




Jestem bardzo zadowolona z jego matujących właściwości. Buzia jest dostatecznie nawilżona. Mat utrzymuje się bardzo długo, a o poprawkach makijażu mogę zapomnieć nawet na 6 h. To świetny wynik jak na możliwości mojej cery, która w strefie T zaczyna brylować na salonach już po 2-3 h przy stosowaniu innego kremu.




Gdyby nie skład, na którym trochę się zawiodłam, myślę, że ten krem byłby produktem po który sięgałabym codziennie. Póki co jest dla mnie niezastąpiony, ale z racji kilku wpadek w INCI zostawiam go sobie na ważniejsze wyjścia. Nie zauważyłam, aby krem zapychał pory, czy sprzyjał powstawaniu zaskórników. Nie podrażnił skóry ani nie uczulił.





Kto z Was już testował produkty Selfie Project?? :)



Czytaj dalej