Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nafta kosmetyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nafta kosmetyczna. Pokaż wszystkie posty

Kosmed nafta kosmetyczna z czarną rzodkwią - mój ulubiony sposób na naftę

Płukanka z nafty




Nafta kosmetyczna stanowi nieodłączny element pielęgnacji moich włosów. Nie raz mogliście przeczytać moje zachwyty z nią związane (np. TU i TU). Zdarza się, że o niej zapominam, potem nagle sobie przypominam i namiętnie stosuje, żeby znowu w końcu zapomnieć - z lenistwa. Czy coś się zmieniło od ostatniego użycia, czy moje zachwyty nad płukankami z nafty osłabły? Otóż nie ;). Dzisiaj pokażę Wam efekty płukanki z nafty Kosmed z czarną rzodkwią, czyli mojego ulubionego sposobu na jej użycie.

"Bogata w witaminy i składniki mineralne czarna rzodkiew dogłębnie odżywia oraz wzmacnia włos. Pozwala mu zachować naturalny blask. Wyraźnie ogranicza wypadanie włosów i wspomaga ich wzrost. Jest cenionym składnikiem preparatów przeciwłupieżowych. 

Nafta kosmetyczna regularnie stosowana dodaje włosom elastyczności, zapobiega ich elektryzowaniu, ułatwia rozczesywanie i modelowanie."





Umyłam skórę głowy płynem Facelle, a spływającą pianą przyciągnęłam tylko końcówki. Na długość włosów nałożyłam odżywkę z Bielendy, która jest właśnie w trakcie testów. Następnie spłukałam i odcisnęłam włosy z wody. Zanurzyłam je we wcześniej przygotowanej płukance.


1 litr chłodnej wody

1,5 łyżki nafty z czarną rzodkwią Kosmed


Na wodzie powstały tłuste oka z nafty, które roztrzepałam ręką. Bogatsza o wcześniejsze doświadczenia wiem, że nie stanowią zagrożenia i nie skończę z tłustymi włosami. Zmoczyłam czuprynę i tak przez 2 minutki wisiałam nad wanną z głową w miseczce. Później już tylko odcisnęłam włosy z wody i nie spłukiwałam nafty. Włosy schły naturalnie, a ja roztaczałam po całym domu smrodek nafty ;).

Pierwsze co można zauważyć, gdy włosy są jeszcze wilgotne to to, że są bardziej podatne na czesanie. Zawsze po myciu rozczesuje włosy dopiero, gdy wyschną. Po nafcie praktycznie same się prostują i rozczesanie ich nie stanowi najmniejszego problemu.





Po zastosowaniu nafty można zaobserwować, że włosy są bardziej sypkie, lśniące, sprężyste i grubsze. Odchodzi w zapomnienie problem z elektryzowaniem się włosów, a zapaszek nafty na szczęście ulatnia się i nie jest wyczuwalny na wysuszonych włosach.







Włosy są bardziej podatne na kręcenie i znacznie łatwiej osiągnąć efekt push up po użyciu nafty. Mimo to pamiętajmy, że z naftą nie można przesadzać i należy regularnie oczyszczać włosy z nagromadzonych substancji. Taka płukanka ląduje na moich włosach przeważnie raz na dwa tygodnie. Choć w ostatnim czasie zauważyłam, że zastosowanie jej nawet raz w tygodniu sprawdza się świetnie. Nafta zabezpiecza włosy przed uszkodzeniami, wiatrem, mrozem i ocieraniem o szaliki i swetry, a o tym powinniśmy szczególnie pamiętać o tej porze roku ;)






Stosujecie naftę kosmetyczną w swojej pielęgnacji?  Macie sprawdzone sposoby?  ;)



Czytaj dalej

Poradnik Blondynki - Jak dbać o wlosy po rozjaśnianiu?

Sposoby regeneracji, odżywienie, walka o kolor, połysk, gęstość i wiele innych



Źródło


Sporo osób zadaje mi pytanie "Jak dbać o włosy po rozjaśnianiu?" i dzisiaj postaram się na nie odpowiedzieć.





1. Farba.

Po pierwsze trzeba zwrócić uwagę na wybór odpowiedniej farby do włosów. Ja sama przetestowałam już kilka drogeryjnych firm i (tu Was rozczaruje) nie znalazłam odpowiedniej.

Z całą pewnością mogę Wam odradzić farby Palette, Londy i Garniera, które u mnie wywołują silne pieczenie, świąd i utratę włosów (RECENZJA koloryzacji Garnier). Nie polecam także Syoss Oleo Intense (RECENZJA) oraz Schwarzkopf Nectra Color, które pomimo braku amoniaku są w stanie przeżreć się do mózgu :-D.

Farby, które są ok pod względem braku skutków ubocznych to przede wszystkim Joanna Naturia. Korzystam z nich chyba najczęściej, lecz kolor nie zawsze wychodzi jak na pudelku. TUTAJ możecie zobaczyć odcień Szlachetna Perła, a TUTAJ  i TUTAJ Srebrny Pył.

Kolejną farbą, która jako tako się sprawdza jest Syoss (nie rozjaśniacz, ani wersja Oleo), lecz i w tym przypadku kolor jest daleki od ideału (TUTAJ).

Kolejna ciekawa farba to odcień N9 z Color & Soin. Farba jest droga, ale na naturalnych składnikach. Kiedy ją nakładałam byłam w lekkim szoku, bo farba zmienia kolor na pomarańczowy... Pomyślałam wtedy "a niech to znowu będę ruda...", ale przy spłukiwaniu okazało się, że włosy nadal są koloru blond aczkolwiek z delikatna rdzawą poświatą na odroście. Możliwe, że kolor 10N okazałby się idealny, ale nigdy nie zdecydowałam się go wypróbować.

Dawno temu używałam także Wellaton 10/0 i mam zamiar do niej wrócić przy najbliższej koloryzacji. Kiedyś z efektów po tej farbie byłam zadowolona ;-) zobaczymy jak będzie tym razem.

Z farb profesjonalnych nie korzystałam. Jakoś przeraża mnie wizja mieszania odpowiednich proporcji i czekanie w napięciu "co wyjdzie tym razem? " tak więc nie używam. Ale sporo osób sobie chwali tego typu farby, ale ja sama nie jestem w stanie dobrać sobie takich produktów, a Paniom w sklepach fryzjerskich najzwyczajniej nie ufam :-D (podobnie z wyborem odpowiedniego fryzjera - ale to już temat na kolejny post).

Kiedy już zafarbujemy włosy... Po kilku myciach od farbowania ukazuje się prawdziwy stan włosów... SZOK ! I tutaj czas na punkt nr 2.





2. Szampon.

Wybierając odpowiedni powinnyśmy wziąć pod uwagę przede wszystkim skład.  Szampon powinien być delikatny, aby nie wypłukiwał farby, a także dlatego żeby dodatkowo nie wysuszał i nie niszczył włosów. Czyli detergentom mówimy NIE.

Warto wybrać szampon, który nie zawiera SLS. I tutaj złapałam się w pułapkę. Myślałam, że wybierając szampon dla dzieci robię dobrze - myliłam się. Baby Dream, Bambino (RECENZJA), czy Johnsons, które używałam piekielnie plątały mi włosy przez co spędzałam 10 minut na tym, żeby je rozczesać, a i tak ostatecznie je rwałam. Dla wysokoporowatych włosów szampony dla dzieci to kiepski pomysł. Dla nisko lub średnioporowatych mogą okazać się bardzo dobre.

Ostatecznie dzięki nawiązanej współpracy (z Centrum Zdrowego Włosa) znalazłam swój (na tą chwilę) ideał - nawadniający szampon Insight anti-frizz (RECENZJA). Jest delikatny, dobrze oczyszcza i zmywa oleje. Przy tym nawilża i odżywia włosy. Przejdź do sklepu.





Kolejny, który jest równie dobry i o wiele tańszy to Yves Rocher Volume (RECENZJA). Z tą różnica, że w składzie zawiera ALS, ale to i tak łagodniejsza wersja niż SLS.

Skoro jesteśmy przy szamponach warto wspomnieć o szamponach oczyszczających. Stosując silikony i inne substancje, które nadbudowują się na włosach trzeba raz na jakiś czas (mniej więcej 1-2 razy w miesiącu) oczyścić zarówno skórę głowy jak i włosy.


Szampany, które polecam do oczyszczania to:

- Joanna Naturia z pokrzywa i zieloną herbata
- Barwa ziołowa

Oraz inne szampony z krótkim składem w cenach do 5 zł.






3. Maski.

Na początku używałam ich przy każdym myciu. Stosowałam przed myciem na 30 min - 1 h. Po myciu na 15-20 min lub jak odżywkę po myciu na 1-2 min.

Aktualnie maski używam 2-3 razy w tygodniu. Raz dogłębna regeneracja, czyli przed myciem na 30 min (często dodaje półprodukty). Kolejne dwa razy - zamiast odżywki, czyli po myciu wprasowuje przez 2-3 min po czym spłukuje.

Maski można mieszać ze sobą i komponować odpowiednie dla siebie mieszanki. Ważne jest aby na początek nie rzucić się bez opamiętania na maski z proteinami (np. Kallos Keratin, Milk, Biovax Latte, czy Serical Crema al latte), bo skończymy z przeproteinowaniem włosów.

Na początek powinniśmy sięgać raczej po emolientowe maski, które są najbezpieczniejsze dla zniszczonych rozjaśniaczem włosów (czyli Kallos Omega, Blueberry, Argan, Banana, Color czy Farcom Seri Natural Line z olejem arganowym).

Te humektantowe (czyli Kallos Algae, Aloe czy Insight anti-friz, o której pisałam TUTAJ, przejdź do sklepu) można sobie także na razie darować i sięgnąć gdy będzie odpowiednia pogoda (punkt rosy).

Dokładnie o moich maskach pisałam w TYM poście.






4. Odżywka - sprzymierzeniec !

Odżywka ułatwi rozczesywanie i dodatkowo zabezpieczy włosy przed uszkodzeniami i szarpaniem (podczas czesania).

Mogę Wam polecić odżywkę, która dodatkowo nawilży i odżywi włosy. To jedna z moich ulubionych, a mianowicie Isana Oil Care (poczytać o niej można TUTAJ).


Odżywek nie ma co żałować ;-)  używamy sporo przy każdym myciu (poza tymi momentami kiedy używamy maskę). Włos ma być śliski, a dłoń powinna sunąć. Nakładamy od połowy włosów w dół na 1-2 minutki. Można wprasować.







5. Olejowanie.

Moim zdaniem przy bardzo zniszczonych włosach powinno się olejować 2-3 razy w tygodniu na co najmniej 1 h. Ja początkowo nakładałam oliwkę Baby Dream nawet na 10-15min przed każdym myciem.





Teraz optymalny czas olejowania to moim zdaniem 1-3 h. W tym czasie olej dogłębnie wniknie w strukturę włosów i je odżywi. Niektóre osoby preferują nocne olejowanie, też go próbowałam, ale nie zauważyłam różnicy niż jak trzymam olej 3h.





Jeśli chodzi o częstotliwość olejowania to aktualnie nakładam olej ok. 1 raz w tygodniu i jest wystarczająco.





Oleje dla wysokoporowatych blondynek, które sprawdziły się u mnie to:

- oliwka Baby Dream (mini recenzja)

- olejek Wellness & Beauty (ulubieniec)

- olejek jaśminowy CHAMELI (recenzja)

- oliwa z oliwek (recenzja)

- olej z pestek winogron (możecie o nim przeczytać TUTAJ)

- olej kokosowy (nie próbujcie go w pierwszej kolejności, bo na bardzo zniszczonych włosach może wywołać puch nie do opanowania - recenzja)

- olej migdałowy (moim zdaniem - ŚWIETNY!) mini recenzja

- olej ryżowy (recenzja)

- olej makadamia (recenzja)

- olej arganowy (recenzja)

- olej z nasion bawełny (recenzja)



O metodach olejowania pisałam TUTAJ. Ja najczęściej wybieram metodę na sucho, bądź olejowanie w misce.






6. Silikony.

Włosy spalone rozjaśniaczem i te przesuszone ciągłą koloryzacja (dotyczy to nie tylko blondów) potrzebują silikonów.

Powstało mnóstwo wpisów w blogosferze, że silikony to zło. Według mnie to bzdura. Bez silikonów nie byłabym w stanie poradzić sobie w moimi włosami, więc w mojej pielęgnacji są punktem stałym, ale z umiarem.

W głównej mierzę mam na myśli sera silikonowe oraz mgiełki ułatwiające rozczesywanie, które mają w składzie silikony.





Niegdyś byłam "szczęśliwą" posiadaczka pasemek przez które czesanie włosów było zmorą mojego życia :-D. Po myciu przechodziłam katusze, rwałam, ciągnęłam... A i tak czesanie trwało ok. 20 minut (poważnie). Dopiero za jakiś czas odkryłam Biosilk, który wydawał się moim lekarstwem na wszelkie smutki :-D, ale jakże się rozczarowałam, gdy w końcu odkryłam, że włosy ciągle są suche, poplątane, połamane i wręcz martwe. Tak - alkohol w składzie serum na końcówki!

Ale ta epoka minęła i teraz bogatsza o swoje doświadczenia mogę bez wahania polecić Wam następujące sera do zabezpieczania końcówek:

- Marion olejki orientalne (obojętnie który - działają tak samo - recenzja TUTAJ)

- Stapiz Argan'de, który skład ma podobny do Mariona, ale według mnie działał nieco lepiej. Włosy są lśniące i bardzo łatwo się rozczesują (recenzja)

- Marion fluid na końcówki - moim zdaniem ma kiepską konsystencję, która jest bardziej kremowa niż oleista i łatwo obciążyć włosy. Ale ogólnie nie jest najgorszy.

- Natura Silk jedwabna kuracja (recenzja)

- olejki naturalne (makadamia, słonecznikowy, z nasion bawełny, z orzechów włoskich i wiele wiele innych) oraz gotowe miksy olejów (Wellness & Beauty) oczywiście w rozsądnej ilości - 1-2 kropelki.





Mgiełki ułatwiające rozczesywanie, które polecam to przede wszystkim Gliss Kur. Wiem że ma on swoich zwolenników jak i przeciwników, ale jeżeli chodzi o skład i dostępność to nie można im nic zarzucić. Moja ulubiona mgiełka z Gliss Kur to Oil Nutritive (ta złota). Recenzja TUTAJ.

A wiec wracając do tematu... Po myciu nakładam kropelkę serum Marion lub olejku naturalnego i wcieram w końcówki, a potem psikam 2-3 pompki mgiełki Gliss Kur.

Na drugi dzień po myciu także zdarza mi się zabezpieczać włosy w ten sposób. Włosy mimo takiej dawki nie są obciążone. Blondy naturalne i te rozjaśniane chłoną tego typu substancje, bo są im potrzebne.

Mając tak zabezpieczone włosy nie trzeba się obawiać ani pogody ani zanieczyszczeń ani odzieży, o którą włosy się ocierają.

Także ten punkt mamy z głowy. Czas na kolejny.






7. Peeling skalpu.

To sprawa indywidualna. Jeśli mamy tendencję do łupieżu lub skóra głowy się przetłuszcza... a może nakładamy maski lub oleje na skore głowy?  To wtedy TAK, zdecydowanie raz na miesiąc przydałyby się zrobić dogłębny peeling. Ja używam tych, które jestem w stanie zrobić sama, czyli cukrowego i kawowego (i TU).





Najbardziej polubiłam się z kawowym i wykonuje go (mieszam łyżeczkę kawy mielonej z taka sama ilością balsamu lub odżywki) ok. 2 razy w miesiącu.





8. Wcierki.

Włosy po rozjaśniaczu wypadają częściej i bardziej niż te naturalne. Warto zainwestować w idealną wcierkę.


U mnie najlepiej sprawdziły się:

- kozieradka (hamuje wypadanie włosów, pojawiają się nowe włosy - RECENZJA)

- jantar (minimalnie przyspiesza porost)

- woda brzozowa (minimalnie przyspiesza porost)

- olejki np. Łopianowy z Green Pharmacy, a także inne, o których wspominałam w punkcie o olejowaniu.

Olejki warto mieszać z substancjami aktywnymi np. Sokiem z aloesu, siemieniem lnianym lub z olejkami eterycznymi, które rozgrzewają np. Rozmarynowy. Taki olejek rozgrzewa skórę oraz przyspiesza i ułatwia wnikanie substancji odżywczych.





9. Płukanki.

Punkt, który w początkowej fazie dbania o włosy omijałam. Wydawało mi się, że płukanki nie są do końca potrzebne. Na tą chwilę przekonałam się tylko do płukanki z nafty kosmetycznej (RECENZJA). Jest świetna i włosy po zastosowaniu zawsze są nienaganne, czyli błyszczą, tworzą lejącą się tafle.





Próbowałam także płukanki z lnu, która jakoś nieszczególnie się spisała (recenzja). A także płukanki z rumianku (recenzja).




10. Podcinanie włosów.

Jest to bardzo ważny punkt. Jeśli włosy się sypią, kruszą, łamią, urywają itd TRZEBA powtarzam TRZEBA je ściąć. Ich uszkodzenia mogą być tak dogłębne, że po ścięciu znacznej ilości włosy mogą kruszyć się wyżej, ponieważ uszkodzone są już w wyższych partiach. Dlatego obcinamy do skutku i prowadzimy pielęgnację. Tylko w takiej kolejności możemy osiągnąć wymarzony efekt pięknych i zdrowych włosów :).




Wydaje mi się że to już wszystko ;-)  jeśli ktoś dotarł do końca to gratuluje :-D




Czytaj dalej

Płukanka z nafty kosmetycznej

Nowy pomysł na płukankę - Nafta Kosmetyczna 






O płukance z nafty kosmetycznej przeczytałam po raz pierwszy na blogu Eulallii. Natchniona i zachwycona efektami jakie uzyskała (w tym poście) po prostu musiałam spróbować :).

Włosy jak zwykle umyłam żelem Facelle. Głównie spieniłam w skalp, a włosy przeciągnęłam tylko pianą. Spłukałam i nałożyłam odżywkę keratynową z Syoss, którą wcierałam metodą Henri. Spłukałam i przyszedł czas na płukankę... 

Odpowiednio wcześniej przygotowałam sobie miseczkę z zimną wodą i nalałam do niej nafty. Wody wlałam na oko powiedzmy ok 1,5 l, a nafty (zaskoczę Was ale...) też na oko :D ---> nie cierpię tego określenia, gdy ktoś podaje mi przepis na jakieś kulinaria, ale jakoś do mnie przywarło i często z niego korzystam, ale wracając do tematu ---> mniej więcej ok 1 łyżkę stołową (lałam prosto z butelki).

Na wodzie pojawiły się oka, więc roztrzepałam je ręką i zanurzyłam włosy. Nie moczyłam skalpu, bałam się, że mi zaszkodzi, bo przecież nie miałam już w planie płukać głowy wodą.

Trochę się stresowałam przez te oka na wodze... byłam prawie pewna, że gdy włosy wyschną będę musiała je umyć jeszcze raz, bo okaże się że są zwyczajnie tłuste... Ale wytrzymałam. Pomoczyłam chwilkę, odsączyłam i zwinęłam w ręcznik. 

Zabezpieczyłam olejkiem orientalnym Marion zmieszanym z olejkiem Wellness & Beauty i czekałam... czekałam i czekałam... Zapach był bardzo drażniący jak to przy nafcie.

Ciągle dotykałam włosów. Były jakieś dziwne... Jakby grubsze, ale miękkie i lśniące. Dodatkowo - zgadzam się z Eulallią, że wydawały się jakby już były rozczesane, a przecież nie były (czeszę dopiero gdy wyschną).

W końcu wyschły... Przeczesałam je moją drewnianą szczotką i moim oczom ukazał się taki widok...



Przeżyłam szok :D włosy rzeczywiście są mega miękkie i gładkie, końcówki w ogóle nie szaleją. Włosy są sypkie i ten ciekawy efekt - jakby grubsze ! 





Najbardziej mnie zaskoczył fakt, że nie muszę myć drugi raz włosów :) nie są przetłuszczone, a tego się obawiałam.





Zapach nafty ulotnił się i nie jest już wyczuwalny. 





Zdecydowanie płukanka z nafty zagości u mnie na dłużej i będzie nowym ulubieńcem !



Z pewnością polecam !

Wypróbowałam i zachwyciłam się  !

Szmaragdowy Deszcz :)



Czytaj dalej

Tuning masek cz. IX - Złożona pielęgnacja

Coś jakby PEH





Dzisiaj postawiłam na złożoną i można powiedzieć wieloetapową pielęgnację włosów. Zaczęłam już wczoraj, naolejowałam włosy olejkiem Wellness & Beauty (olej sezamowy i ekstrakt z wanilii) zrobiłam warkocz i tak poszłam spać. 

Dziś rano olejek w dużej ilości się wchłonął. Wtarłam w skalp napar z kozieradki, który już w ogromnym stopniu wypłukał mi odrost, ale na ten moment bardziej zależy mi na spowolnieniu / zatrzymaniu wypadania włosów, więc wcieram dalej. 

Włosy na długości zmoczyłam wodą, odcisnęłam i nałożyłam:


Mieszanka PEH:

--> 2 łyżeczki maski Kallos Algae

--> 1 solidna łyżka olejku kokosowego Vatika

--> 1 łyżka nafty kosmetycznej z kompleksem witamin

--> 5 kropli hydrolizatu keratyny



Mieszankę wprasowałam we włosy od ucha w dół. Zakręciłam w ręcznik i tak spędziłam 1,5 h. Po tym czasie spłukałam pozostałości mieszanki i spieniłam żel Facelle, mycie powtórzyłam dwa razy. Spłukałam i nałożyłam na długość keratynową odżywkę Syoss. Także spłukałam i odsączyłam z wody. Na jeszcze wilgotne końcówki nałożyłam olejek orientalny Marion zmieszany z 2 kropelkami olejku Wellness & Beauty. Schły naturalnie. Gdy były już prawie suche splotłam je w warkocz.







Włosy są miękkie i jedwabiście gładkie. Ładnie błyszczą i odbijają światło. Końcówki wyglądają całkiem nie najgorzej, choć szykowałam już dla nich kolejne cięcie. 

Pięknie pachną, miałam ogromną nadzieję, że uda się zniwelować zapach nafty, która nie należy do najprzyjemniejszych, a jej zapach długo utrzymuje się na włosach. I udało się, także polecam sposób na Kallos Algae i olej kokosowy, które w połączeniu zabijają zapach nafty. 

Loki i fale to moja ulubiona fryzura i myślę, że mi pasuje, ale niestety brak jej trwałości. Fale bardzo szybko, w moim przypadku, prostują się. Nie wiem jak mogę, niezbyt inwazyjnie, zatrzymać ten swobodny efekt. 

Wieloetapowa pielęgnacja zdecydowanie służy, lecz nie w nadmiarze. Ja funduje ją sobie max. 2-3 razy w miesiącu i jestem zadowolona. 




Jakie są Wasze pomysły na złożoną pielęgnację?? :)




Czytaj dalej

Pierwsze podejście do Nafty Kosmetycznej

Nafta kosmetyczna z olejem z drzewa herbacianego i aloesem 
- 
jako danie główne






Dzisiaj wykonałam mały eksperyment. Jakiś czas temu w moje ręce wpadła nafta kosmetyczna. Czytałam już wiele ciekawych recenzji na temat tego produktu, ale nie mogłam go nigdzie spotkać, aż nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się w Carrefourze i tak weszłam w jego posiadanie. Początkowo nieco się bałam pierwszego użycia (czytałam, że można przesadzić z naftą i doprowadzić włosy do zniszczeń), ale musiałam zaryzykować.


Na opakowaniu nafty jest instrukcja jak jej używać, ale nie skorzystałam z tych propozycji i skomponowałam swój własny mix. 



Przepis z wykorzystaniem nafty kosmetycznej:

--> 1 łyżka maski Kallos Omega

--> 1 łyżka maski Kallos Keratin

--> 1 łyżka nafty kosmetycznej

--> 2 pompki olejku Wellness & Beauty (olej sezamowy i wanilia)



Wszystko dokładnie zmieszałam. Powstała gładka substancja o niezbyt przyjemnym zapachu - za sprawą nafty, która ma specyficzny zapach. Ale nie należę do osób, którym zapach w kosmetykach do włosów przeszkadza na tyle by ich nie używać. Aczkolwiek kosmetyki, które przyciągają zapachem są przeze mnie wykorzystywane po prostu częściej i z większą przyjemnością :).

Zmoczyłam włosy, odcisnęłam z wody i nałożyłam mieszankę. Planowałam trzymać ją około 30 min, ale przedłużyłam ten czas do 45 min. 

Po tym czasie spłukałam wszystko ciepłą wodą. Włosy były trochę dziwne w dotyku - jakby naolejowane. Spieniłam żel Facelle na skalpie i przeciągnęłam pianą włosy na długości. Spłukałam i nałożyłam trochę maski Kallos Keratin na długość włosów. Wprasowałam i spłukałam. Po użyciu maski włosy w dotyku były już takie jak zawsze. Odcisnęłam je z wody i zabezpieczyłam 1 pompką olejku orientalnego Marion zmieszanego z 2 kropelkami olejku Wellness & Beauty. Pozostawiłam do naturalnego schnięcia.








Z efektu, który uzyskałam jestem zadowolona :). Włosy są sypkie, mimo że użyłam maski przed i po myciu. Są miłe w dotyku i nieco usztywnione, dzięki czemu są niesamowicie sprężyste - ciężko osiągnąć taki efekt przy włosach rozjaśnionych, które są zniszczone. 

Włosy błyszczą, lśnią, a końcówki są zdyscyplinowane ;) czego chcieć więcej? :) na tą chwile tyle wystarczy !




A jak u Was spisuje się nafta? Jak ją używacie? :)





Czytaj dalej