Małe SPA dla skóry - Marion oczyszczająca maseczka i plaster na nos z aktywnym węglem bambusowym

Prawdziwy detox !




Nie pokazałam Wam jeszcze wszystkich nowości z Marion! Zatem pędzę z relacją z mojego wczorajszego SPA ;)

Zaczęłam od oczyszczającego peelingu do twarzy, o którym pisałam Wam już TUTAJ. Kolistymi ruchami masowałam twarz ze szczególnym uwzględnieniem czoła i nosa. Po czym spłukałam.




Kolejnym punktem pielęgnacji było użycie oczyszczającego plasterka na nos z aktywnym węglem bambusowym. Wystarczy wyjąć go z foli, odkleić zabezpieczanie i przykleić do zwilżonego wodą nosa. Plaster przylega bardzo dokładnie i mocno trzyma. Jeśli tak nie jest wystarczy dodatkowo zwilżyć go z zewnątrz wodą, żeby się nie odklejał. Po 10 minutach usunęłam plaster.




Trzeba przyznać, że na prawdę mocno trzyma ;) miałam pewne trudności, żeby go odkleić, ale udało się bez wzywania pogotowia (taki żarcik :D). Oczywiście po odklejeniu zmuszona byłam przemyć twarz wodą, bo została na niej spora ilość węgla.





Aqua (woda), Polyvinyl Alcohol (zagęstnik, może podrażniać), Glycerin (gliceryna - nawilża), Propylene Glycol (glikol propylenowy - nawilża, nośnik substancji aktywnych), Dipotassium Glycyrrhizate (nawilża, nośnik substancji aktywnych, łagodzi podrażnienia, obrzęki i zaczerwienienia), Charcoal Powder (węgiel - oczyszcza, zwęża pory, absorbuje toksyny, zanieczyszczenia, nadmiar łoju, matowi, działa antybakteryjnie, łagodząco), Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Water (hydrolat z liści oczaru wirginijskiego - działa przeciwbakteryjnie, antyoksydacyjnie), Metyl Acetate (rozpuszczalnik), Metylparaben (konserwant).





Co do składu. Z ważniejszych substancji znajdziemy tutaj oczywiście węgiel, hydrolat z liści oczaru i kilka substancji nawilżających. Powiem szczerze, że nawet nie wiem jakie składniki powinny się tam znaleźć, więc skład plastra zostawiam w spokoju.





Ostatnim już etapem było nałożenie na twarz maseczki oczyszczającej z aktywnym węglem bambusowym. Jedna saszetka z powodzeniem wystarczy na dwa użycia. Zatem równomiernie rozprowadziłam połowę produktu i odczekałam kolejne 10 minut. W tym czasie odczuwałam lekki dyskomfort, pieczenie nosa  (podejrzewam że to za sprawą plastra, którego użyłam wcześniej i skóra zareagowała obronnie przed kolejną porcją oczyszczenia węglem) i mocne ściąganie twarzy, bo maska zwyczajnie zaschła.





Po wyznaczonym czasie zmyłam wszystko ciepłą wodą i nałożyłam krem. Skład maseczki przedstawia się na prawdę ciekawie. Bazą jest biała glinka i węgiel, ponadto znalazłam także glicerynę, betainę, prowitaminę B5 i ekstrakt z peonii. 





Aqua (woda), Kaolin (biała glinka - ma działanie matujące, ściągające, antybakteryjne, kojące, pochłania nadmiar sebum), Glycerin (gliceryna - nawilża), Magnesium Aluminium Silicate (zagęstnik, wypełniacz), Charcoal Powder (węgiel - oczyszcza, zwęża pory, absorbuje toksyny, zanieczyszczenia, nadmiar łoju, matowi, działa antybakteryjnie, łagodząco), Trehalose (pochodzenie naturalne, nawilża), Betain (betaina - pochodna gliceryny, nawilża), Panthenol (prowitamina B5 - nawilża, łagodzi podrażnienia, ułatwia gojenie), Paeonia Lactiflora Root Extract (ekstrakt z peonii białej - działa kojąco), Phenoxyethanol (konserwant), Glycereth-18 Ethylhexanoate (lekki emolient, rozpuszczalnik), Glycereth-18 (lekki emolient, rozpuszczalnik), Xanthan Gum (zagęstnik), Parfum (zapach), Allantoin (alantoina - działa przeciwzapalnie, ściągająco), Citric Acid (kwas cytrynowy - rozjaśnia, naturalny konserwant), Ethylhexylglycerin (łagodny humektant, naturalny konserwant), Diazolidinyl Urea (konserwant).

Efekty, moim zdaniem, są satysfakcjonujące. Buzia jest odświeżona, miękka, sprężysta, pory oczyszczone i niewidoczne. Nie zauważyłam podrażnienia, zaczerwienienia, czy uczulenia poza lekkim pieczeniem podczas trzymania maski. Z całego zabiegu jestem bardzo zadowolona.





Została mi jeszcze saszetka z przyspieszaczem do opalania, ale z racji tego, że się nie opalam to saszetka razem z innymi produktami już wkrótce trafi do kogoś z Was :) czekajcie na rozdanie, które pojawi się jeszcze dziś na moim fesje ;) tylko tam będzie można wziąć udział, więc zachęcam do polubienia strony :).






Czytaj dalej

Ekologiczne podejście do pielęgnacji twarzy i włosów - Marion Eco Olejek Arganowy

Złoto Maroka w moim domu




Opis produktu: 

Olejek arganowy pochodzenia organicznego z marokańskich upraw.

Jest bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe: Omega 3,6,9 oraz witaminy E. Jeden z najbardziej cenionych olejów na świecie, posiadający wszechstronne zastosowanie w kosmetyce.




Idealny do pielęgnacji cery dojrzałej, suchej i odwodnionej oraz jako profilaktyka przeciwstarzeniowa. Wspomaga regenerację bariery hydrolipidowej, likwiduje suchość i szorstkość naskórka. Olejek wzmacnia strukturę włosów i odżywia je po zabiegach fryzjerskich. Produkt wzbogacony został o olejek słonecznikowy zawierający odmładzającą witaminę E i odżywcze kwasy tłuszczowe.


Skład: 

Helianthus Annuus Seed Oil (olej z nasion słonecznika - nie zatyka porów, działa przeciwzapalnie, wygładza, regeneruje), Argania Spinosa Kernel Oil (wzmacnia, regeneruje, nawilża, łagodzi objawy trądziku, antyoksydant).


Cena: ok. 8 zł za 25 ml w Drogeria Natura


Opakowanie i konsystencja:



Olejek zamknięty jest w plastikowej buteleczce z pompką o pojemności 25 ml, która z kolei mieści się w tekturowym kartoniku. Szata graficzna jest minimalna i utrzymana w ekologicznym stylu. Konsystencja jest oleista, a barwa słomkowa.


Moja opinia:

Odnoszę wrażenie, że olejek arganowy jest bardzo podobny do wersji marakuja, o której mogliście już przeczytać w tym wpisie. Ma spełniać identyczne funkcje i w zasadzie sprawdził się u mnie głównie w pielęgnacji włosów i twarzy, czyli tak samo jak olejek marakuja.




Dzisiejszy bohater świetnie zabezpiecza końcówki włosów. Wystarczy 3-4 krople (podkreślam krople - nie pompki), aby zabezpieczyć wilgotne po myciu włosy. Po kilku tygodniach stosowania zauważyłam, że faktycznie włosy nie rozdwajają się tak szybko, są bardziej wygładzone i lśniące.

Często sięgam po olejek arganowy, gdy chce urozmaicić maskę do włosów. I jako półprodukt dodawany do takich mieszanek również działa bardzo przyzwoicie. Jedna pompka jest w zupełności wystarczającą i nie obciąży włosów. 




I tak samo jak poprzedni olejek z tej serii tak samo i olejek arganowy bardzo dobrze sprawdził się w pielęgnacji twarzy. Z racji tego, że jest tłuściutki używam go wyłącznie wieczorem po uprzednim demakijażu i umyciu twarzy żelem. Doskonale nawilża buzię, łagodzi podrażnienia, odżywia i mocno natłuszcza. Nie zapycha porów, ani nie obciąża skóry.




W składzie tytułowy olejek arganowy znajduje się na drugim miejscu zaraz po oleju słonecznikowym.


Mi osobiście olejek arganowy od Marion przypadł do gustu i z chęcią dokończę opakowanie ;) bardzo dobry, ekologiczny i przyjazny dla skóry produkt !


Czytaj dalej

Super trwała matowa szminka i puder do twarzy od Beautybigbang

Szybki przegląd nowości makijażowych




Jakiś czas temu stałam się posiadaczką dwóch kosmetyków ze strony Beautybigbang. W asortymencie sklepu znajdziemy mnóstwo akcesoriów do makijażu m.in. pędzle, paletki z cieniami, pudry, podkłady i szminki. A także bardzo dużo gadżetów do stylizacji paznokci, a nawet do pielęgnacji twarzy. Powiem szczerze, że bardzo kusiło mnie by zamówić nowe pyłki, czy lakiery, ale ostatecznie uznałam, że ta obsesja już nie mieści mi się w domu :D. Zdecydowałam się w końcu na puder oraz szminkę. Zapraszam na mały przegląd nowości!




Puder używam na samo wykończenie makijażu, po uprzednim rozprowadzeniu podkładu. Do wyboru na stronie były trzy kolory, ja zdecydowałam się na ten z numerem 3, czyli lekko żółty odcień. Mam wrażenie, że puder jest transparentny, wtapia się w skórę i idealnie komponuje z moją jasną karnacją.




Tworzy pudrowe wykończenie i nadaje efekt aksamitnej twarzy. Buzia w dotyku jest gładka, jedwabista i matowa, a zarazem wygląda bardzo naturalnie. Produkt nie wpływa na widoczność zmarszczek. Nie pogłębia bruzd i nie wnika w zagłębienia.




Dobrze współpracuje z podkładem. Używałam go przy Catrice HD, Ingrid czy Bielenda i nie zauważyłam by puder negatywnie wypływał na podkład lub zmieniał jego kolor.

Jedyny mankament, który trochę mi w nim przeszkadza to fakt, że przedłuża trwałość makijażu tylko nieznacznie. Efekt uzależniony jest także od pokładu, którego użyję. Jednak spodziewałam się, że utrzyma matową skórę znacznie dłużej.




Drugim produktem na który się zdecydowałam jest matowa szminka firmy Huda Beauty w kolorze Bombshell. Zacznę właśnie od koloru, który na stronie prezentował się ciut inaczej i w pierwszej chwili trochę mnie rozczarował. Barwą wpisuje się w chłodne i ciemne odcienie nude przełamane czekoladą. Taka szminka zdecydowanie potrzebuje odpowiedniej oprawy.




Przed nałożeniem należy zadbać o odpowiednie nawilżenie i pozbycie się suchych skórek. Najlepiej rozprowadzić szminkę na ustach niemalowanych wcześniej innym produktem, np. pomadką ochronną. W ciągu kilku sekund od nałożenia szminka zasycha, zatem trzeba aplikować ją szybko i precyzyjnie.




Czy faktycznie mat i trwałość szminki jest powalająca? Przyznam szczerze, że TAK. Mat utrzymuje się w nienaruszonym stanie nawet 6 h! Jak dla mnie to rekord ;). Szminka nie odbija się na szklankach, ani nawet na chusteczce. Przy próbie jedzenia minimalnie znika od wewnątrz ust. Ale jest to bardzo znikomy ubytek.




Nie ogranicza mimiki, usta są nawilżone i swobodne. Nie czuć wysuszenia czy ściągnięcia. 




Aby zmyć szminkę wystarczy pokryć usta pomadka ochronną i wytrzeć chusteczka. Dla pewności można powtórzyć czynność.


Oba produkty przypadły mi do gustu i są ciągle w użyciu ;) jeśli ktoś ma ochotę skorzystać to mam do wykorzystania kod rabatowy 10% na hasło: MAGD10


Puder - KLIK
Matowa szminka - KLIK


Czytaj dalej

Hybryda - Color Vishine nr 124 sweet pink, Bling nr 22 white, srebrny pyłek

Srebrny pyłek po raz pierwszy 




Moje zamiłowanie do pastelowych kolorków na paznokciach chyba szybko nie minie :D. Gdy mowa o nowym mani to w głowie już łączę pastelowe barwy. Dzisiaj padło na róż (robię się przewidywalna!) i po raz pierwszy na srebrny pyłek.

Jako bazy użyłam produktu Semilaca. Lakier podstawowy to Color Vishine nr 124, czyli niezwykle piękny, pastelowy, chłodny róż. Tym kolorem pokryłam wszystkie paznokcie. Do pełnego krycia potrzebował trzech warstw. Konsystencja lakieru jest świetna, nie za gęsta, ale też nie za rzadka, więc współpracuje się z nim bez problemu.




Kolejnym krokiem był pyłek, który mam już od bardzo dawna, ale do pełni szczęścia brakowało mi topu no wipe, więc byłam zmuszona poczekać z jego pierwszym użyciem. Gdy dotarł mój top no wipe firmy Elite 99 prosto z Aliexpress od razu wypróbowałam go w połączeniu ze srebrnym pyłkiem również pochodzącym z chińskiej strony. 

Jako podkładu użyłam wspomnianego wyżej chłodnego różu. Następnie za pomocą patyczka z gąbką wtarłam pyłek w warstwę dypresyjną utwardzonego lakiery. Paznokcie środkowych palców ozdobiłam białymi kropeczkami wykonanymi Blingiem nr 22. A kciuki urozmaiciłam "szałowym" ombre wykonanym za pomocą pyłku. 




Na zakończenie pociągnęłam wszystkie paznokcie topem no wipe i już nie przecierałam cleanerem. Paznokcie były suchutkie, bez lepkiej warstwy, do której już przywykłam. Po skończeniu mani miałam pewne obawy, czy aby pyłek nie spłynie choćby po umyciu rąk :) ale ku mojemu zdziwieniu trwał nienaruszonym nawet po myciu naczyń ! Heh także pozytywnie nastawiona dalej testowałam jego wytrzymałość. 

Po dwóch tygodniach przy skórkach zauważyłam, że lakier na paznokciach z pyłkiem "wstaje". Na pozostałych paznokciach, które również były pociągnięte topem no wipe nic się nie działo do niespełna trzech tygodni. Nic nie odprysło, nie starło się i nie porysowało. Także top sam w sobie jest bardzo przyzwoity. Mam tylko mały żal, że nie dał do końca rady z pyłkiem.





Jak Wam się podoba ? :)


Czytaj dalej

Nowy ulubieniec w wieczornej pielęgnacji twarzy - Marion Eco olejek marakuja

Dobroczynna moc natury




Opis produktu: 

Linia olejków zainspirowana ekologiczną pielęgnacją. Olejki są wielozadaniowe, 100% naturalne przeznaczone do pielęgnacji włosów, twarzy i ciała.

Olejek z marakui (passiflora) z nasion owoców tropikalnych.

Zawiera duże ilości owocowych kwasów tłuszczowych, wapń, fosfor i potas. Posiada ogromny potencjał antyutleniający, co czyni go niezastąpionym olejem w walce z objawami starzenia.




Idealny do cery naczynkowej, ze skłonnością do przebarwień oraz suchej i wrażliwej skóry. Olejek skutecznie oczyszcza z martwych komórek rogową warstwę skóry i przyspiesza proces regeneracji. Odżywia i nawilża włosy przesuszone i zniszczone. Zapobiega utracie wody i nadaje im naturalny połysk. Produkt wzbogacony został o olejek słonecznikowy zawierający odmładzającą witaminę E i odżywcze kwasy tłuszczowe.


Skład: 



Helianthus Annuus Seed Oil (olej z nasion słonecznika - nie zatyka porów, działa przeciwzapalnie, wygładza, regeneruje), Passiflora Edulis Seed Oil (olej marakuja - działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, zmiękcza, chroni, działa relaksacyjne, regeneruje, odżywia, nawilża).


Cena: ok. 8 zł za 25 ml w Drogeria Natura


Opakowanie i konsystencja:



Olejek zamknięty jest w plastikowej buteleczce z pompką o pojemności 25 ml, która z kolei mieści się w tekturowym kartoniku. Szata graficzna jest minimalna i utrzymana w ekologicznym stylu. Konsystencja jest oleista, a barwa słomkowa.


Moja opinia:

Olejek marakuja jest wielofunkcyjny i można go stosować na różne sposoby. Ja upodobałam sobie trzy. Pierwszym z nich jest aplikowanie olejku na twarz. Z uwagi na to, że jest dość tłusty stosuje go na noc po uprzednim demakijażu i umyciu twarzy. Jedna pompka to zdecydowanie za dużo, więc ja zwyczajnie odkręcam olejek i nakładam na dłoń kilka kropelek. Następnie wklepuje go w twarz i szyję.




W takiej formie olejek spisuje się na prawdę dobrze. Natłuszcza, nawilża i odżywia skórę. Co bardzo ważne - nie zapycha porów. Wcześniej spotkałam się z olejkami do twarzy, które mocno zapychały skórę i efektem były niewielkie wypryski. Na szczęście w tym przypadku nic takiego się nie dzieje i bez obaw można aplikować nawet nieco więcej niż kilka kropli.




Produkt wpisuje się świetnie w moją pielęgnację włosów. Co prawda nie używałam go do olejowania, bo 25 ml to trochę mało i było mi zwyczajnie szkoda. Ale sprawdził się do zabezpieczenia końcówek i jako półprodukt dodawany do masek. Wystarczy 4-5 małych kropli rozetrzeć w dłoniach i nałożyć na wilgotne końcówki po uprzednim myciu. Z kolei jeśli zabezpieczam włosy w ciągu dnia nakładam trochę mniej produktu (2-3 krople), aby nie skończyć z tłuszczykiem. Taka ilość jest odpowiednia i moim zdaniem dobrze zabezpiecza końcówki przez uszkodzeniami, ocieraniem o ubrania,  czy warunkami atmosferycznymi. Ponadto dodaję go również do przeróżnych miksów maseczkowych. Powiedzmy ok. 5-7 kropli, w takiej ilości nie wpływa na przetłuszczanie. Po miesiącu użytkowania zauważyłam, że włosy są zadbane, sprężyste i lśniące.




Czasami zdarza mi się także nakładać go na dłonie ze szczególnym uwzględnieniem skórek i paznokci. Przeważnie po zdjęciu hybrydy, gdy płytka nie wygląda za dobrze. Wtedy mogę liczyć na poprawę ich stanu wizualnego i wygładzenie płytki.

Zwrócę tylko uwagę, że tytułowy olejek marakuja znajduje się na drugim miejscu zaraz po olejku słonecznikowym. Nie mniej jednak produkt wpisuje się w ramy ekologicznej pielęgnacji i nie da mu się odmówić dobroczynnych właściwości.


Ktoś z Was już miał okazję testować nową serię Eco olejków Marion? Do wyboru są jeszcze: arganowy, makadamia i awokado :)


Czytaj dalej

Mój ulubiony matowy róż o niesamowitym odcieniu - Lily Lolo Clementine satynowy brzoskwiniowo-różowy róż mineralny

Odrobina matowego szaleństwa na policzkach 




Do niedawna byłam pewna, że róż może dla mnie nie istnieć. Jakoś nie widziałam głębszego sensu uwydatniać dodatkowo moich z natury mocnych rumieńców dopóki nie trafiłam na to subtelne cudo ! Zapraszam do lektury, bo jest o czym poczytać :) a na dole znajdziecie makijaż wykonany moją małą kolekcją Lily Lolo :) 


Opis produktu: 

Brzoskwiniowo-różowy róż do policzków o kremowej konsystencji, dający satynowe wykończenie. Idealny dla wszystkich typów karnacji. Ponieważ Clementine daje bardzo subtelny efekt, doskonale sprawdzi się, gdy będziesz chciała podkreślić kolor swoich naturalnych rumieńców.




- nie zawiera drażniących substancji chemicznych, nanocząsteczek, parabenów, tlenochlorku bizmutu, talku, sztucznych barwinków, syntetycznych substancji zapachowych i konserwantów
- naturalny i delikatny
- lekka i jedwabiście gładka konsystencja
- daje subtelne wykończenie; bardziej intensywny efekt można uzyskać nakładając kilka warstw
- 100% naturalny


Skład: 



MICA mika - mineralny pigment, transparentny, perłowy wypełniacz [+/- CI 77491 (IRON OXIDE) czerwono brązowy barwnik pochodzenia naturalnego, CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE) biały pigment, filtr UV, CI 75470 (CARMINE) karmina - czerwony barwnik pochodzenia naturalnego]


Cena: 51,20 zł za 3 g w 20 ml słoiczku na stronie Costasy


Opakowanie i konsystencja:



Róż zamknięty jest w plastikowym słoiczku z zakrętką. Pod wieczkiem znajdziemy zabezpieczenie przed wsypywaniem się produktu w postaci plastikowej zasuwki oraz sitko ułatwiające aplikację. Produkt ma postać sypką i niepylącą. Kolor to przepiękny, ciepły róż, bez świecących drobinek. Barwa nie jest do końca taka oczywista, bo odcień jest tylko minimalnie ciepły, ale na pewno nie wpada w chłodne tony.


Moja opinia:

Po róż sięgam na sam koniec makijażu, aby dodać mu subtelnego wdzięku. Po uprzednim nałożeniu pudru matującego, podkładu, bronzera i rozświetlacza, uśmiecham się i minimalnie muskam pędzlem policzki w miejscu, gdzie uwypuklają się w uśmiechu. Używam niewielką ilość produktu, bo róż jest bardzo dobrze napigmentowany.




Produkt wygodnie się rozprowadza i aplikacja nie sprawi trudności nawet początkującym. Można go stopniować, wiec jeśli preferujecie mocniej zaznaczone policzki nic nie stoi na przeszkodzie, by dołożyć kolejną warstwę.

Róż prezentuje się bardzo subtelnie i podkreśla naturalną urodę, zatem idealnie wpasowuje się w mineralny makijaż.




Nie podkreśla zmarszczek, czy suchych skórek. Buzia po aplikacji jest gładka, aksamitna i matowa. Jedyny błysk, który rozpromienia moja twarz zawdzięczam rozświetlaczowi.

Co bardzo ważne zarówno róż jak i wszystkie kosmetyki Lily Lolo, którymi wykonałam powyższy makijaż nie wędrują po twarzy, trzymają się miejsca aplikacji, nie utleniają się, nie zmieniają koloru. Nie zapychają porów, a więc skóra jest swobodna, oddycha, a ja nie mam problemów z wypryskami.




Ponadto trwałość kosmetyków Lily Lolo ciągle mnie zaskakuje. Poza świeceniem się w strefie T, (która po kilku godzinach daje o sobie znać) makijaż nie wymaga żadnych poprawek i wygląda nienagannie.




Do obu powyższych makijaży użyłam:

1. Matujący puder mineralny Lily Lolo Flawless Matte (recenzja)
2. Podkład SPF 15 warm peach Lily Lolo (recenzja)
3. Korektor mineralny PeepO Lily Lolo (recenzja)
4. Bronzer i rozświetlacz Lily Lolo sculpt & glow (recenzja
5. Satynowy róż Lily Lolo Clementine
6. Tusz do rzęs Eveline Extension Volume
7. Cienie do powiek Miss Sporty
8. Szminka Huda Beauty kolor Bombshell


Macie jakieś doświadczenia z kosmetykami Lily Lolo? :) Co możecie mi polecić? :)


Czytaj dalej

Bluzka i torba z Gamiss

Doświadczenia z nowym sklepem




Dzisiaj pokażę Wam dwie rzeczy, które pochodzą z Gamiss. Pierwszy raz zamawiałam cokolwiek w tym sklepie i na co szczególnie zwróciłam uwagę to ceny. Są niezwykle przystępne. Jednak jest w tym mały haczyk. Pod koniec zamówienia podlicza się koszt dostawy i tutaj można popłynąć. Kwota uzależniona jest od wagi produktów, które zmawiamy. A przeważnie w innych chińskich sklepach dostawa jest darmowa. To tyle z technicznych spraw, a teraz kilka słów o moim zamówieniu. 




Morelowa bluzeczka trafiła do mnie przypadkiem. Nastawiona byłam bardziej na znalezienie fajnej torby (którą pokaże za moment), a bluzkę w ostatniej chwili wrzuciłam do koszyka. Jednak okazała się bardziej trafiona niż torebka. Fason zwiewny i bardzo swobodny. Prześliczny, biały haft na ramionach, który świetnie współgra z kolorem bluzki. Dobrałam do niej czarną, ołówkową spódnicę i pudrowe szpilki. Przydałaby się też jakaś mała torebeczka, może coś z tych tutaj (Leather Bags). Wprost idealna, swobodna stylizacja dla przyszłej mamy.






Jeśli chodzi o torbę to trochę inaczej wyglądała na stronie sklepu, sami zobaczcie TU (chodzi mi o kolorystykę). Jednak mimo wszystko jakoś się do niej przekonałam, bo przede wszystkim jest dość pojemna, funkcjonalna i zamykana na magnesy. Środek wykonany jest w jaskrawym kolorze, więc nie muszę pół godziny szukać telefonu, bo widzę go jak na dłoni :). Ponadto w środku znalazłam małą saszetkę na kosmetyki, które już nie walają mi się po całej torbie. 







Morelowa bluzka - KLIK
Torba - KLIK


Co sądzicie o moich łupach? :)



Czytaj dalej